Prowincja Pełna Wiochy to brutalna, bezkompromisowa opowieść o świecie, w którym system nie potrzebuje już krat ani strażników, by kontrolować człowieka. Wystarczy strach, pieniądz i odpowiednio ustawione mechanizmy zależności.
Fragment, który czytasz, odsłania kulisy fikcyjnego kraju Polgarów – rzeczywistości niepokojąco znajomej, gdzie ambitni są eliminowani, a przeciętność staje się narzędziem władzy. To nie jest literatura dla każdego. To tekst, który prowokuje, drażni i zmusza do zajęcia stanowiska.
Jeśli szukasz wygodnych odpowiedzi – nie znajdziesz ich tutaj. Jeśli chcesz zobaczyć świat bez filtrów – jesteś we właściwym miejscu.
Prowincja okazywała się doskonałym rajem, w którym każda rzecz była możliwa. Łachudry takie jak Tasiemiec, Krasiulec, Bułka i Maciejowik, korzystając z naiwności ogółu, na który pluli, przed którym udawali dobrych, ustawiły się „na bogato”. Korzystali na tym, że naród Polgarów stracił wyczucie. Nie był się już w stanie zjednoczyć, a dawna klątwa hamowała wszelką inicjatywę. Mądrzejsze jednostki niszczono, dając głupcom instrumenty i pieniądze do tego, by nie wybił się nikt, kto byłby w stanie rozwinąć dobrobyt i spowodować, że naród ten mógłby czegokolwiek żądać.
Prowincjusze tworzyli układ z Warchołowem. Powstał ogólnonarodowy plan wyjebania ambitniejszych jednostek poza granicę. Zasłużył się w tej materii Leszek Meller i Olek Kwas. Pozostałe osoby w kraju, można było łatwo stłamsić i zgasić, choćby ekonomicznie, blokując warunki do rozwoju. Istniała nieskończona lista możliwości, a forma zależała wyłącznie od fantazji. Opornych można było poszczuć policją, służbami, urzędem skarbowym, sądem i prokuratorem. Nikt nie wychodził z opresji cało, kończyło się więzieniem albo mandatem, za który, nałożona kwota była tak niebotyczna, że w spłatę angażował się wyszkolony do zadań komornik, nie pozostawiając ofiary z puklem włosów w ręku.
Banki zachodnie kosiły bajońskie prowizje za konto czy kredyt, a zakłady pracy zmuszały do przynależności do systemu kont i lokat, premiując pracowników „stówką” za utworzenie rachunku. Pojawiły się debety, pierwsze zaliczone braki spłat, itd. Banki, wspólnie z namnożonymi jak grzyby po deszczu firmami windykacyjnymi, zbierały obfity plon. Układ zamknięty pasł się i żarł, kontrolując życie codzienne Polgarczyka. Te same banki, na zachód stąd, nie stosowały już takich norm, ale kto przejmowałby się takimi niedorzecznościami. Klasa polityczna Polgaru żarła z „pierwszego koryta” i garnęła co mogła, pieprząc farmazony, od których uszy puchną… ale kto łachudrze zabroni? Jak mawia przysłowie geniuszy od polityki sejmowej: „naród jest jak trawa, można skosić, to odrośnie” i jeszcze inne: „jakiegoś mnie stworzył, takiegoż mnie masz”. Patrząc na niektórych polityków, zdrowy rozum oburza się i pyta: skąd się wziął dany debil? Otóż źle czyni, bo należy przyjąć – postępując za klasykiem, że część społeczeństwa, to zwykli idioci, których przekrój intelektualny, stanowi warstwa reprezentująca.
Czarownicy głosili miłosierdzie, niosąc na przedzie święte obrazki, ale za pazuchą skrywali sztylet, którym gromko razili biedne i oporne jednostki. Powstał obóz koncentracyjny albo więzienie, nie państwo… taki obóz o niezaostrzonym rygorze, bez strażników z bronią. Rolę porządkowych przejęli „kapo”, którzy służąc wrogowi oraz własnej pustej i tępej pale, żyli lepiej niż przeciętnie, a innych prowadzili na szafot.
Celowo trzymano Polgarów za ryj, aby wyżej nie unieśli głowy. Ideolodzy tego nurtu, wierzyli iż należy odbudować przedwojenne elity. Dlatego społeczeństwo miało ograniczony dostęp do pieniądza, tylko wybrani zyskiwali fortuny: elita to elita, musi odznaczać się na tle pozostałych.
Wybór pozostawiono… gdy ktoś chciał więcej, to mógł wyjechać albo zająć się prostytucją, sprzedając własne ciało, córki bądź syna. Owi „kapo” nażarli się już, razem z czarownikami, a krew w nich wrzała, więc zapragnęli podymać za pół darmo…
Zjawiska te określano mianem „demokracji”. Za ludowej władzy nie do pomyślenia było traktowanie człowieka niżej zwierzęcia. Łechcąc i nęcąc, zwabili ludzi w potrzask, zniewalając i subtelnie układając przy glebie. Czas bohaterów przeminął. Wielcy i „walczący z układem” grają na nosie uczuć narodu, który prują aż… Piękny jest kraj mogił, który własnych, wartościowych ludzi, posyła na szafot… lecz „nadstaw drugi policzek” – w końcu tak głosi idea.
Poza granicami, Polgarowie stanowili tanią siłę roboczą, niemającą na nic wpływu. Byli też alternatywą dla rozleniwionych ludzi Zachodu, w przypadku ich ewentualnego buntu, co do warunków pracy i płacy. Ponadto, ich obecność obniżyła wartość wynagrodzenia. Dla całej Europy, było to bardzo korzystne rozwiązanie. Zamiast pozwolić na utrzymanie fabryk w Polgarze i stracić rynki na Wschodzie, udało się dzięki łapówkom, działającą gospodarkę rozbebeszyć, a taniego pracownika zabrać do siebie. Wciąż wybrane towary trafiały tam, gdzie trzeba, a Polgary na nic nie miały wpływu. Skończyły się światowe rankingi w sferze gospodarek wolnorynkowych. Dziwnym zrządzeniem po przemianach, kraj nie uplasował się na żadnych znaczących pozycjach. Czemu było to możliwe za „czerwonej zarazy”? Ot, tajemnica poliszynela albo perpetuum mobile.
Prowincja była kluczem do drzwi, które zamykały kraj Polgarów na kolejne lata, skazując na upokorzenie i biedę jego ludność.
Był to plan prawie doskonały…
Najwięksi bohaterowie Polgaru wyruszyli w samotny marsz, ku chwale dawnej dumy i wielkości. Ostatni marsz…
Znając kulisy spraw, których przeciętny Polgarczyk nie ogarniał, postanowili złożyć życie na szali, by zjednoczyć ku chwale dumny i silny naród, który mógłby wznieść nad światem wielką flagę mądrości i rozumu. Bo Polgary tworzyli, myśleli i walczyli z równą zaciekłością, co otumaniali się głupotą. Jednak wyjść z tej głupoty, oznaczało żyć w chwale, nie w nędzy i sztucznym upadku.
To Polgar tworzył synów ziemi; mocnych i surowych jak lita skała. Nie miał być to kraj dziwek i alfonsów, skurwieli i dywersantów, pisarzy oraz nieuczciwych sędziów i stróżów prawa, lecz kraj mądrości i człowieka.
Zanim umrze duch narodu, świat musi poczuć moc jego bijącego serca, usłyszeć siłę maszerujących stóp, walących o ziemię ojców i matek w jedności. Ziemia uchwyci wiew powietrza, poruszanego siłą ramion maszerujących hord dawnych Polgarów.
Powstają z dumą, ku chwale swych miast, ku chwale kraju. Walczą o byt lub giną, umarli za życia.
Perkun wzywa ku ostatniej posłudze…
Zdrajcy Polgaru strwożeni w strachu. Psy niewierne, które okaleczyły matkę, wydając na świat bezbożne bękarty. Przeklęte będą wśród ofiar wasze plwociny.
Kurwy, nazywające siebie „ludźmi”, dające dupy na rogach ulic, sprzedające bliźnich za papierową mamonę, zakrywające zwyrodniałość miłosierdziem wiary. Tysiące niesłusznie skazanych przez bliźnich, z winy nieposiadania, zamęczonych z biedy, wyklętych z niedouczenia. Zapomniani z pochodzenia, którym wmówiono, że istnieją „lepsi i gorsi”, łamiąc jeden lud Polgaru, zmuszony do kombinowania i okradania rodzin. Zakłamani we własnej historii i nauczeni odruchowej nienawiści, przyjaciele zdradzeni o świcie, dbający o własne dobra, zdychajcie przepełnieni jałmużną oszustów.
Prowincja pełna wiochy – fragment

Metafora „Sufitu i Równania w Dół” ukazuje czym i o czym jest Prowincja?
Wyobraźmy sobie społeczeństwo jako wielki pokój, w którym wszyscy stoją.
Prowincjusze i Warchołów (Układ): Są jak niska, betonowa płyta, zawieszona tuż nad głowami ludzi. Ten sufit nie pozwala nikomu wyrosnąć wyżej niż średnia. Układ dba o to, by sufit pozostawał nisko.
Ambitniejsze jednostki (Ofiary): To ci, którzy próbują skakać, wspinać się lub po prostu są wyżsi. Ich głowy uderzają w betonowy sufit.
Plan „wyjebania”: Gdy ktoś zaczyna zbyt mocno naciskać na sufit, Układ (rękami Mellera i Kwasa) nie naprawia sufitu, ale otwiera zapadnię w podłodze pod tą osobą. Zamiast rosnąć w górę, ambitny człowiek spada w dół – „poza granicę” pokoju, do piwnicy zapomnienia lub na emigrację.
Stłamszenie pozostałych: Dla tych, którzy zostali, sufit staje się jeszcze cięższy. To ekonomiczny ucisk. Powietrze w pokoju staje się rzadkie, zasoby ograniczone. Ludzie nie myślą o rozwoju, tylko o przetrwaniu. Skupiają się na tym, by nie uderzyć głową w sufit.

Polecam:
Prowincja Pełna Wiochy (2016) satyra
Książki, które zmuszają do myślenia

1 komentarz do “Prowincja Pełna Wiochy brutalny fragment o Polsce”